- Wstawaj! No, obudź się!
- ....?
- No już, przecież wakacje czekają!
______________________________________________________________________________________
- Wyjątkowo sprawny wyjazd nam wyszedł.
Fakt. (Nie żeby poprzednie nie były sprawne, ale...) Po raz pierwszy toczymy się do Chorwacji bez boxa na dachu. Dzieci większe=mniej gratów. Darujemy sobie też przywózkę dużych ilości wina – można je coraz częściej kupić w sensownej cenie i w Polsce (dziękujemy ci, Jeronimo Martins!). My po prostu jesteśmy w tym roku głodni wakacji – po przymusowym, ubiegłorocznym odwyku (remont kwadratu sam się nie zrobi), ruszamy znowu ku Jadranowi, choć ta podróż jest dla nas wyjątkowa. Łamiemy schemat odwiedzania w każde kolejne wakacje innego zakątka Dalmacji i po raz pierwszy wracamy
tam, gdzie tak nam się spodobało w 2013 – na Vis.
Opis drogi daruję sobie, żeby nie przynudzać, dość powiedzieć, że obyło się bez żadnych niespodziewajek. Piotrków, Częstochowa, Siewierz, Gliwice, Żory, Cieszyn, Trinec (tam, pół godziny przed wjazdem do strefy €, tankujemy), Ćadca (korek przed światłami i przejazdem – 20 minut stania), Żilina, Bratysława Wiedeń. W Wiedniu tradycyjnie zatrzymujemy się na popas, a 2 dni później, w wyjątkowo upalny sobotni poranek, ruszamy dalej na południe.
Dalej też bez żadnych wydarzeń. I dobrze. Na autostradzie między Wiedniem a Grazem (właśnie w kierunku południowym) co prawda wiele odcinków jest remontowanych, ale ruch w połowie czerwca jest jeszcze tak mały, że nawet nie trzeba zwalniać. Na drodze widać pojedyncze, wyładowane często po dach samochody dążące ewidentnie w tym samym co my kierunku. Najwięcej chyba jest Węgrów, ale trafiają się i Czesi, i Słowacy, i trochę naszych.
Granica Mureck/Trate. Zwróćcie uwagę na słup graniczny upamiętniający zawarcie Traktatu z St. Germain.W wybornych nastrojach pokonujemy granicę na rzece Mur i meldujemy się na trasie objazdu słoweńskiej autoćesty. Chwila-moment i jesteśmy na stacji Petrol w Ptuju. Tłok panuje tam taki, że aż nie mamy gdzie zaparkować (z połowę dostępnych miejsc zajmuje konwój z Wejherowa). Najważniejsze, że „nasz” stolik wolny. Siadamy, śniadamy i...na co czekać? W drogę!
Postój w Ptuju Na przejściu w Dobovcu „tłok” – dwa samochody przed nami. Pierwszy pogranicznik ogląda krótko paszporty, drugi od razu oddaje. Pierwszy raz widzimy chorwacką granicę z unijnymi insygniami. Dobrze to, czy źle?
Po wjeździe na autoćestę w Durmancu monotonię jazdy umilamy sobie licząc tunele. Po zjeździe na Split okaże się, że przed Zagrzebiem były 4, między Zagrzebiem a Bosiljevem 1, a potem jeszcze 11. Razem 16, choć w drodze powrotnej „dojdzie” nam jeszcze 1 tunel. Z utrudnień – po przejechaniu bramek na węźle Lućko przez prawie godzinę jechało się wolno, ale nie z powodu robót; przy sporym już na tym odcinku ruchu (z dużym udziałem ciężarówek, vanów, kamperów, wielu wozów ciągnących przyczepy, łodzie), tak musiało się skończyć wyprzedzanie, zwłaszcza gdy wyprzedzający nie zjeżdżali od razu po zakończeniu manewru na pas przeznaczony do jazdy. Ale luz, przecież mamy wakacje i donikąd się nie spieszymy. Temperatura? Najcieplej tym razem było w „górnej” Chorwacji – 31C utrzymywało się do Bosiljeva, potem już „tylko” 25-29, ale lampa bezustannie. Żadnych różnic ciepłoty za Małą Kapelą czy Svetim Rokiem. Bezwietrznie, nie licząc niektórych wiaduktów, zwł. w okolicy morza.
Dalmacja...przejazd przez tunel SR jest magiczny nie dlatego, że to długi tunel (są przecież dłuższe), ani dlatego, że występują duże różnice temperatury po jego obu stronach (nam się to chyba nigdy nie zdarzyło). Po prostu Sveti Rok stanowi wrota do Dalmacji – będę się upierać – tej innej, lepszej cżęści chorwackiego wybrzeża. Moment, w którym otwiera się widok na Novigradsko More, z klasztorem na cypelku, na morze w okolicach Zadaru, okoliczne wyspy i wysepki – czeka się przecież na niego cały rok, a myśmy tym razem czekali dwa długie lata.
Teraz największą atrakcją stają się miejsca na tablicach informujących o zjazdach z autostrady. Zadar, Nin, Otok Pag, Sukośan, Biograd, Kornati, Otok Murter, Śibenik, Primośten – część znamy z widzenia, część bardziej ze słyszenia, ale wszystkie nazwy wyglądają jak wskazówki na mapie skarbów. I z jednej strony chciałoby się zjechać, poznać każde z tych miejsc z osobna (a te już poznane odwiedzić ponownie), a z drugiej chce się przecież jechać dalej i dalej, bo przecież tego kwiatu jest pół światu (no, przynajmniej w tych okolicach).
Tradycyjnie lekko znużeni dojeżdżamy do węzła Dugopolje i zjeżdżamy do Splitu. Mamy spory zapas czasu – jest trzecia po południu, a prom odpływa dopiero o 18:30. Posililiśmy się podczas postoju na jednym z autostradowych odmoriśte, za to wpadamy na świetny pomysł zaopatrzenia się w podstawowe produkty żywnościowe, tak zwane „pierwsze zakupy”. Na Visie będziemy dopiero ok. 20:50, a sklepy zamykają się o 21, po co więc ryzykować. Wybór pada na Konzum stanowiący centralny punkt małego centrum handlowego (malla, jak ktoś woli...) w Solinie, jeszcze przed Splitem.
Wybór jest doskonały – sklep pusty, wybór szeroki. Takiego asortymentu nie uświadczysz na żadnej wyspie – kupujemy najpotrzebniejsze rzeczy – pieczywo, mnóstwo nabiału, paśki sir, budolę i napoje, w tym wino (zanotowałem, że posmakował nam traminac z Iloka). Strzałem w „10” okazuje się macedoński ajvar – o niebo lepszy od produktów Podravki. Poza tym, jak pamiętamy, ajvar wywodzi się właśnie z Macedonii, można więc powiedzieć, że zdobyliśmy „oryginalny” towar
Logo Hajduka w tym roku spoglądało na nas z każdej lodówki...Potem już droga w dół, do portu. Znajdujemy puste miejsce w szeregu zaparkowanych na nabrzeżu pojazdów i udajemy się każdy w swoim kierunku. Ania z dziećmi na bazar, ja do baru na zimne piwo. Boże, jak wspaniale smakuje chłodne ożujsko w takim skwarze, po długiej i (jednak) wyczerpującej jeździe!
Sącząc kolejne piwo, obserwujemy odpływającego na Hvar Marjana. Zbieramy się powoli do samochodu, a około 18 do portu wpływa wolno, majestatycznie, Petar Hektorović. Wjeżdżamy na pokład jako jedni z pierwszych i ustawiamy się na prawej burcie, w jednym z dwóch tylko pełnych rzędów aut osobowych. Przy lewej burcie stoją dwie lub trzy ciężarówki i tyle. Kolos jest prawie pusty.
Zajmujemy miejsca na jednej z ławek „patrzących” w kierunku otwartego morza na górnym pokładzie. Tam zostajemy rozpoznani przez Jarka z Łodzi, który przyznaje, że nasza relacja z Visu pomogła mu w wyborze miejsca na wakacje dwa lata temu i od tej pory tam wraca co rok. Miło sobie gawędzimy. Jarek konstatuje, że na Vis przyjeżdża coraz więcej turystów, przez co jest bardziej tłoczno, występują też trudności w dostępie do dóbr własnej produkcji rolnej, takich jak wino czy oliwa. No cóż, pożyjemy, zobaczymy. Powoli nadciąga wieczór. Żegnamy się, życząc sobie wzajemnie udanego wypoczynku, po czym chowam się z rodziną przed morskim chłodem do zadaszonej i pustej restauracji na trzecim poziomie.
Słońce znika za horyzontem, kiedy mijamy Otok Host i wpływamy w Uvalę Sv. Jurija. Latarnia na Stonćicy, Grandovac, Ćeska Vila, Prirovo, Kut, Luka – dobrodośli v Visu!