Witam, najpierw parę odpowiedzi z mojej strony bo chyba wcześniej niektóre przeoczyłem:
maniust napisał(a):4 godz 25 min.
Na stopa nigdy nie jeżdziłem .....często się tyle czeka?
Czterech godzin na szczęście nigdy nie staliśmy - chyba trzykrotnie doszło do ok dwóch - wolałem nie sprawdzać dokładnie na zegarku żeby się nie dołować
Natomiast miewaliśmy stopy kilkuminutowe i ze dwa "poniżejminutowe".
Roksa_ napisał(a):Też kiedyś dużo jeździliśmy stopem. Teraz sami się zatrzymujemy.
Zauważyłam też jedną zależność, zatrzymują się ci, którzy też kiedyś stopa zatrzymywali.
Stwierdziliśmy dokładnie to samo - Pan który nas wziął od Andrychowa i podrzucił aż do granicy mówił że sam dawniej jeździł więc trochę dla nas nadłoży. Polacy którzy nas zabrali w Chorwacji powiedzieli dokładnie to samo. Czesi wprawdzie nie opowiadali o swoich stopach ale wiekszość z nich trochę dokładała żeby nas wysadzić w dobrym miejscu.
-Yaro- napisał(a):hydraulik_ napisał(a):Ale teraz już będą fotki
Na to wszyscy czekamy
Mam nadzieję że z fotkami nie będzie zbytniego rozczarowania bo najwięcej mam tych z miejsc w których się zatrzymywaliśmy na dłużej - czyli z Wiednia i już z Chorwacji. Niestety w drodze czasem nie było siły, nastroju, a nieraz i czasu żeby wyciągać aparat (czego trochę żałuję), ale jakieś fotki z trasy będą
KAALA napisał(a):A pisałeś, że zgrzewka Żywca nie zmieściła się do plecaka. Takie odgłosy słyszy się dopiero po co najmniej dwóch zgrzewkach piwa
Żywce były dokładnie 2
jeden dostał się panu w zamian za wino, drugi został w Wiedniu tam gdzie gościliśmy. Tej nocy pociąg był w 100% na trzeźwo bo nikt nawet nie miał siły puszki otworzyć
Hadler napisał(a):No ale w końcu się udało - nasz pierwszy stop - młoda para w kombi, podrzucili nas jakieś 15km na zjazd na Bielsko (kierowaliśmy się na Cieszyn).
No powiem Wam: jazda na maxa
Mam pytanko, czy powiedzieliście w pierwszym aucie że jedziecie do Chorwacji
:D:D:D ?????
W tym pierwszym aucie chyba nie - ale wynikało to z tego że para była jakoś mało rozmowna - generalnie przyjąłem zasadę, że nie zaczynam rozmowy przed kierowcą - niektórzy zabierają autostopowiczów ale jakoś nie mają potem ochoty na pogaduszki (a szkoda), zwłaszcza jak muszą mówić w obcym języku. Na te 48 aut chyba 2 stopy przejechaliśmy w absolutnej ciszy
a to ja napisał(a):A oni wciąż wędrowali ...
.
Chodziliście czasem "z buta"?
Właściwie 2-3 razy. Pierwszy - będzie opisany poniżej. Czasami chodzenie ma sens kiedy można dojść do drogi która się "włączy" do naszej - czyli szansa na złapanie większej ilości aut. Ale taka wędrówka "byle przed siebie" po prostej często nie ma sensu, bo auta które nas miną za 5km i tak miną nas "tutaj" więc nieraz szkoda było tracić energię. Oczywiście często trzeba było z kilometr podejść żeby znaleźć wygodne i bezpieczne miejsce w których auta mogą się zatrzymać.
tomtot napisał(a):jest mnóstwo takich cromaniaków, którzy czytają relacje, ale rzadko się wpisują. Widać po liczniku.
Ale tym razem spytam...........i co dalej ??????????????????????
no a dalej....:
CZĘŚĆ CZWARTA - dzień drugi, przyjazd do Wiednia
Dzień kolejny wycieczki - sobota.
Plan był wstać koło 6 ale po nocnych przebudzeniach spaliśmy jak zabici chyba do 8. Zwinęliśmy namiot wyszliśmy na drogę i zaczęło się to samo co dzień wcześniej. Stwierdzam że łapanie stopa koło Hodonina to było jedno z trzech najgorszych na całej wyprawie (pierwsze było w Krakowie). Wolałem nie patrzeć na zegarek ale obstawiam że zeszło pod dwie godziny. W międzyczasie pojawił się jeszcze jeden autostopowicz z Czech ale ustawił się z pól kilometra za nami -; tak jak w kolejce zawsze się idzie łapać za ostatnią osobę. Chyba wybraliśmy najgorętsze dni dziesięciolecia na wyjazd, bo już o 9-10 rano tak prażyło że nie dało się ustać. Znowu się nasłuchałem trochę o karnecie na Kryspinów
Wcześniej nie wspomniałem o jednej rzeczy - układając trasę wiedziałem że najprawdopodobniej przejedziemy przez Wiedeń i dostaliśmy propozycję odwiedzenia dawno nie widzianej koleżanki mojej dziewczyny która właśnie tam mieszka. Początkowo myśleliśmy że tę wizytę odbędziemy w drodze powrotnej ale widziałem że zdecydowanie przydałby nam się oddech bo jeszcze 2 takie dni jak ten piątek (upał + brak prysznica) mogły nas wykończyć. Więc cały czas dziewczynie mówiłem na tej miejscówce że jeszcze tylko przekroczyć granicę (z 20 km) a potem już blisko Wiedeń (z 80).
[A oto i nasza miejscówka - jak można się domyślić na zdjęciu to nie ja, za to tle "nasz mostek". ]
[Długi czas oczekiwania skłaniał do idiotycznych zachowań
Poniższa fotka miała jakieś 30 ujęć i z 10 moich zamaszystych skoków. Ciekawe co myśleli kierowcy jadący z drugiej strony]
No i w końcu! Chyba dopiero koło 11 zatrzymała się młoda dziewczyna - szok - wcześniej żadna samotna kobieta się nie zatrzymała więc jak przejeżdżały to nawet machaliśmy trochę słabiej
Dziewczyna stylem jazdy wpisała się w nasz stereotyp "zabieracza";, na szczęście do Breclavia jest szeroka droga i ludzie z naprzeciwka zjeżdżali bliżej pobocza jak wyprzedzała, zero stresów, trąbienia, mrugania długimi - chyba tylko my byliśmy pospinani tym jej niefrasobliwym wyprzedzaniem ale widać tam się tak jeździ.
Tuż przed wysadzeniem nas na stacji okazało się skąd ta odwaga u kobiety w zabieraniu obcych ludzi - okazało się że to policjantka
. Niestety nasza przemiła policjantka z Czech jechała do Brna (odbijała na północ a my na południe) więc zostawiła nas na samym początku Breclavia - i tu odpowiedź na pytanie
a to ja: całe miasto niestety przeszliśmy na nogach. Mógł to być odcinek może jakichś 5 kilometrów - teoretycznie bez tragedii, ale, może się powtórzę -
UPAŁ BYŁ JAK .... poza tym nie pakowaliśmy plecaków pod kątem jak najmniejszej wagi i wygody noszenia.
Jest taka waga plecaka powyżej której każdy następny kilogram wydaje się jak dodatkowe 10. Dla niektórych jest to 13kg dla innych z 15, dobrze zapakowany i zapięty plecak dobrze leży na plecach - ja pod moim szedłem ugięty
dziewczyna miała lżejszy ale trochę mniej wygodny. Wtedy mi powiedziała "Co ja bym teraz oddała za zimne piwo" - No jasne! Czemu na to wcześniej nie wpadłem - po drodze minęliśmy jakieś 2 knajpki niestety zamknięte (no tak sobota przed południem) ale gdzieś w środku miasta znaleźliśmy supermarket. Zimna puszka wypita w cieniu sklepu ... nie chciało się wstawać i targać dalej. Chyba nie muszę tłumaczyć
W końcu wyszliśmy z Breclavia (w drodze powrotnej jak planowaliśmy trasę to mówię "możemy albo przez Breclav..." i słyszę: "Nie! Tylko nie ten pieprzony Breclav":) ). Ustawiliśmy się za jakimś supermarketem, droga na Austrię, wszystko elegancko, ale coś jakby nie tak.
No właśnie. Tamtędy nikt nie jeździł. No o ile jedno auto na 2-3 minuty można nazwać ruchem drogowym. Ale humor nas nie opuścił - my już byliśmy zaprawieni
w nocy nas prawie potrącił pociąg. W dzień prawie dostaliśmy poparzenia 3 stopnia i ciężkiego udaru. Plecy nam się wygięły pod ciężarem i nie chciały wrócić do pionu. No teraz już musiało być tylko lepiej!
[Poniższe zdjęcie miało przedstawiać mnie na środku pustej jezdni z gestem "nie ma, kurczę, nie ma" i w oddali brak nawet cienia samochodu, ale widocznie się nie do końca dogadałem z fotografem]
No i chyba dobre nastawienie przyciągnęło nam trochę szczęścia - staliśmy z wymalowaną tabliczką WIEN i po może 20-30 minutach zatrzymuje się samotny kierowca (w jakiej bryle nadwozia - wiadomo) na austriackich blachach, na oko 30 lat. Podbiegam i wspinam się na wyżyny mojego niemieckiego (7 lat nauki po różnych szkołach i jakoś bez efektów - ten język się mnie po prostu nie trzyma
) czy on może fahren nach Wien i czy by nas nehmen i w ogóle. No a on że "ja" , nehmen, a jakże - no to wrzucamy plecaki do bagażnika a tam oscypki leżą - no to dziewczyna tym razem popis zdolności lingwistycznych i się go pyta czy on te oscypki im Zakopane gekaufen czy jak? Facet nam się przygląda i mówi "możecie mówić po polsku".
Okazało się, że ten przesympatyczny pan mówi czystą polszczyzną tak samo jak my, mimo że w Polsce ani jednego dnia nie mieszkał. Za to jego mama jest Polką podobnie jak i żona. A on z kolei z pochodzenia jest Holendrem - ale zero jakiegokolwiek akcentu. Muszę przyznać że to była bardzo przyjemna podróż, raz że klima nas przywróciła do życia, a dwa że dowiedzieliśmy się od niego paru ciekawych rzeczy - np. że Wiedeń po raz drugi z rzędu został wybrany najprzyjemniejszym miejscem do mieszkania na Ziemi - nie wiem dokładnie jak nazywa się ten konkurs lub na czym polega głosowanie, myślę że można to spokojnie wygooglać. Opowiadał nam jak to mieszkał już w kilku miastach europejskich i tylko w stolicy Austrii na każdym kroku jest masa udogodnień dla rodziców z dzieckiem w wózku - i rzeczywiście: wszędzie windy- będąc w Wiedniu zwróciliśmy na to uwagę.
I tym drugim tego dnia przejazdem zakończyliśmy stopowanie w sobotę. Wysiedliśmy gdzieś w centrum wiednia gdzie metrem dojechaliśmy do koleżanki mojej dziewczyny, która akurat spędzała wolny czas z mężem i paromiesięcznym synkiem nad Dunajem. Jak dotarliśmy nad ten Dunaj z wielkimi plecakami, wymęczeni to idąc wśród masy ludzi w samych kostiumach kąpielowych wyglądaliśmy dość dziwnie. (Może nie wszyscy wiedzą ale jest parę miejsc nad Dunajem - który się w Wiedniu rozgałęzia na 2-3 nitki - w których ludzie normalnie się kąpią). Ja już byłem gotowy przebrać się na szybko i wskakiwać do wody ale zobaczyliśmy tuż przy brzegu płynącego zygzakiem półmetrowego... węża - a 10 metrów dalej kąpiących się ludzi. Jakbym nie zobaczył to bym nie uwierzył. Stwierdziłem że kąpiel z wężem odłożę na kiedy indziej.
Tak więc do Wiednia dotarliśmy koło 15, i ten dzień, jak i następny zszedł nam na małym zwiedzaniu. O tym napiszę w kolejnym poście, wprawdzie już nie było tyle emocji co w czasie podróży, za to zdecydowanie więcej fotek - nieraz na drodze nie było tego aparatu kiedy wyciągać albo człowiek był zbyt zmęczony żeby się do zdjęć ustawiać - więc niestety zdjęcia z podróży są w mniejszości, może następnym razem pojadę z mniejszym aparatem żeby cały czas był w kieszeni.
Zapraszam na kolejną część jeszcze dziś - zwiedzanie Wiednia.